Skip to main content
32
58

Wycieczka klasy IIa LO do Warszawy

Wersja do wydruku

Wycieczka klasy IIa LO do Warszawy


Zobacz zdjęcia

Stacja Warszawa

Szkoda, że nie ta... Tak się rozpoczął trzydniowy maraton skoków i biegów po Warszawskich ulicach.Możecie się śmiać, ale taka jest prawda. Oczarowani nowością, świeżością terenów niezbadanych, ja i kilka osób wysiedliśmy na złej stacji...

Na szczęście w porę się „skapaliśmy” i udało nam się wskoczyć do pociągu na ostatnią chwilę, by zawiózł nas i resztę, do stacji docelowej.

Gdy w końcu byliśmy na miejscu, większość z nas wybiegła jak oszalałe krowy na pastwisko i zaczęło się szczerzyć jak dzieci na widok cukierków.

"Oto i jesteśmy w Warszawie" - krzyknął ktoś za nami, i ja w tym momencie przestałam się podniecać. Zdjęłam z oczu różowe okulary i zobaczyłam zabieganych jak mrówki ludzi. To był dla mnie widok niezwykły, Sosnowiec niby to duże miasto, ale u nas na dworcu co najwyżej widać biegającego Pana Wikinga i uciekających od niego ludzi.. To dało mi do myślenia, że w Warszawie czas płynie inaczej. Do Warszawy wybraliśmy się z Panem Matyszkiewiczem, jego synami oraz Księdzem Karolem. Co już jest gwarantem dobrej zabawy. Co się działo? Jak się działo i gdzie? Posłuchaj dalszej części opowieści...

Szybko (chyba jak nigdy zgodnie..), zebraliśmy się w grupę i ruszyliśmy ku schronisku młodzieżowemu. Oczywiście zaraz po wyjściu z dworca cała ta grupa zaczęła się rozbijać, ale nic w tym dziwnego skoro pierwsze co widzieliśmy to Mariot, Pałac Kultury i Nauki, Złote Tarasy czy Hard Rock Cafe :D Łatwo było zawiesić na czymś oko, tylko trudniej dogonić pędzącego na czele Andrzeja, który w całej tej drodze zachowywał się chyba najbardziej z nas normalnie. Musieliśmy wyglądać bardzo dziwnie. Większość z nas miała otwarte kopary i oczy otwarte na pół twarzy. Ludzi i innych tamtejszych tubylców to jednak nie dziwiło, dla nich to dzień jak co dzień. W Sosnowcu, zostalibyśmy uznani za co najmniej dziwnych...

Mozolnym tempem doszliśmy do schroniska. Większość z nas niestety zapomniała o obietnicy Pana Matyszkiewicza, że czeka nas wchodzenie po schodach na czwarte piętro... Kiedy szczęście na widok schroniska opadło, rozpoczęło się bicie w pierś i pomstowanie na swoją kondycję... (tak, tak wszyscy ćwiczymy na wuefie...). Będę pierwszy, co to dla mnie? - mówiły twarze niektórych kolegów. Rzeczywistość jednak okazała się szara. Po kilku wędrówkach większości wchodzić się do schroniska nie chciało i ociągaliśmy się jak najbardziej się da...

Gdy w końcu rzuciliśmy plecaki do bagażowni, rozpoczęło się masowe szukanie łazienki! W końcu trzeba było przypudrować nosek...

Kiedy już wszystko zostało załatwione - dziewczyny się wystroiły a chłopcy... Chłopcy jak chłopcy, ruszyliśmy ku przygodzie! No i naszym pierwszym punktem było Muzeum Wojska Polskiego. Miejsce pełne maszyn i umundurowanych facetów... Jedni byli zainteresowani, inni mniej, a trzeci w ogóle. Muzeum to miejsce, gdzie nie tylko można słuchać przewodnika i robić zdjęcia obiektom...

Dlaczego by nie zrobić profesjonalnej sesji zdjęciowej na tle np. husarii? No właśnie. Stąd też te różne stopnie zainteresowania. Następnie były muzea, muzea, muzea których to zwiedziliśmy pełno. Według mnie, dwa są warte wymienienia - Centrum Sztuki Współczesnej na Zamku Ujazdowskim oraz Muzeum Powstania Warszawskiego. Obydwa chociaż zupełnie inne od siebie, poruszały serca i umysły. Przynajmniej większej części... Podczas całej wyprawy zwiedziliśmy pełno fascynujących i mniej fascynujących miejsc. Zwolennikom piłki nożnej na pewno przypadł do gustu stadion Legii, zainteresowanych mediami - spacer po Radiowej Trójce, a romantykom i romantyczkom liczne parki i Wilanów. Ja osobiście zakochałam się w Łazienkach, miło mi było być w miejscu, gdzie kręcono moją ulubione sceny ze "Zmienników", czy z "Siedmiu Życzeń". Miejscem, które połączyło większość z nas, był chyba Taras Widokowy Pałacu Kultury i Nauki. To było nadzwyczajne uczucie zobaczyć ludzi małych jak mrówki. Przyznam, że dało mi to do myślenia... Co prawda kraty zabezpieczające ludzi przed wypadnięciem bardzo się ruszały, ale nikt z nas nie pofrunął w siną dal... (Aż dziwne:D)

Mieliśmy również spotkanie z senatorem Zbigniewem Szaleńcem i posłem Jarosławem Piętą w Sejmie i Senacie. Ze swoją uroczą asystentką parlamentarzyści opowiadali o swej pracy. Posiłek w gmachu, gdzie toczą się najważniejsze decyzje państwowe był dobry. Parlamentarzystom życzyłabym, żeby ich decyzje były przynajmniej takie, jak te posiłki które im tam serwują... Nie obyło się również bez podniet na widok pewnych osób. Kilkoro z nas widziało Brunona z "Na dobre i na złe", dwie osoby przystojnego blond aktora z "Prosto w Serce", a bardziej zainteresowani prawdziwym życiem dostrzegli Pana Niesiołowskiego. Dziwi mnie, że nikt nie padł z zachwytu, ale może to i lepiej... Przynajmniej nie traciliśmy czasu na pierdoły i użeranie się z no lifami. Były też i rozczarowania. Ja osobiście rozczarowałam się Złotymi Tarasami. Nie wiem czego się po nich spodziewałam, ale na pewno nie tego, co zobaczyłam. Wielkie, pełne ludzi centrum handlowe w którym (o dziwo!) nic niezwykłego nie znalazłam. Zwiedziliśmy pełno miejsc, zrobiliśmy razem z milion zdjęć. Coś się w nas narodziło i coś w nas zwiędło.

Wycieczkę oceniam na plus - warto było zobaczyć ten gigantyczny moloch. Czułam się w nim jak w innym zupełnie kraju, bogatszym, bardziej kolorowym. Mimo wszystko kocham swój prowincjonalny Sosnowiec i chociaż już właściwie nie dziwię się, że jest nazywany wsią, to gdybym miała wybierać - wybrałabym Sosnowiec.
Tekst : Paulina Gądek



Fragment dziennika wychowawcy z odzysku

Piątek 1.04.2011 - Dzień Pierwszy

3.30 już Prima Aprilis – melodia „wieży radości, wieży samotności” podrywa mnie i uświadamia, że pora wstawać i budzić starszych synków. Waliza, plecaki … i wychodzimy z domu. Prognozowany deszcz zawodzi. Nie pada.
4.20 zbiórka – są wszyscy, całe dwadzieścia osób – siedemnastu licealistów z II a, dwóch gimnazjalistów … po znajomości i jeden (ale jaki) gość z podstawówki. Trochę mży.
4.40 wsiedliśmy do pociągu – „dla wszystkich starczy miejsca” … dla nas też starczyło. Humory dopisują. Tylko jeden uczestnik nieco poskręcany, ale dziewczę w oczy mu patrzy i powtarza: „Będzie dobrze mój Robe… Romeo”. I pełno ludzi w każdym wagonie, to w jednym blondi, w innym (koniec Tuwima) pan w sandałach.
7.10 Warszawa Centralna – i nie pada. Rozpoczął się dwudziestominutowy marsz z plecakami i walizami Alejami Jerozolimskimi do „Palmy” czyli Ronda de Gaulle’a. Jeszcze chwila i schronisko na Smolnej… ale najpierw trzeba wejść na czwarte piętro.
7.40 schronisko – nie ma wspólnych toalet… jeden z uczestników jest rozczarowany. Pani go okłamała. Odpoczywamy.
8.30 wychodzimy – deszczu nie ma, słońce coraz śmielej operuje na niebie. Pierwszy cel – Muzeum Wojska Polskiego. Wsiadamy do samolotu, który jednak nie wystartuje, Cios wiesza się na lufie czołgu. Na otwartej przestrzeni stoją „ramię w ramię” „legendy zabijania” – samoloty, czołgi, działa, helikoptery. Wchodzimy do budynku muzeum. Pan przewodnik jedyny w swoim rodzaju. „Proszę Pana do czego to służy?” „Do zabijania”. Dobra godzina zwiedzania i jesteśmy znawcami broni na przestrzeni całej historii państwa polskiego.
11.15 bieg na Wiejską – obok Muzeum Narodowego, Giełdy Papierów Wartościowych, przez Plac Trzech Krzyży docieramy na miejsce. Chwilka formalności… 20 minut …. i jesteśmy witani przez parlamentarzystów z naszego województwa – senatora RP Zbigniewa Szaleńca i posła RP Jarosława Piętę. Najpierw jednak przechodzimy (niektórzy kilkakrotnie) przez bramki. Wreszcie wszystkim udało się przejść kontrolę. W parlamencie ruch prawostronny – usłyszeliśmy na wejściu. Zastosowaliśmy się szybko, choć nie wszyscy… prawa strona, która to jest? Mamy szczęście, obrady Sejmu dopiero się skończyły. Wywiadu TVN-owi udziela były minister zdrowia Balicki, szybkim krokiem przemyka obok nas poseł Arłukowicz, za chwilę zza rogu wychodzi wicemarszałek Senatu Romaszewski. Moi uczniowie ich znają, prasówka nie poszła na marne. Ciekawe spotkanie z Panami Parlamentarzystami - Szaleńcem i Piętą trwa. Opowiadają o swojej pracy w parlamencie, udziale w komisjach, rzucają ciekawostkami pierwszej świeżości. Rozdają również materiały, które przyszłym maturzystom powinny się przydać. Dwóch kompetentnych Panów uzupełnia przemiła Pani Asystent, która prowadzi nas od wnętrz sejmowych, przez Salę Kolumnową, „wężowe” schody. Ten uśmiech… robi mi się błogo. Jeszcze chwila i stoimy przed ogromną tablicą z nazwiskami polskich parlamentarzystów, którzy zginęli w trakcie II wojny światowej. Obok niej inna … nazwiska bardzo dobrze znane i znamienna data – 10 kwietnia 2010 r. Stoimy chwilę w milczeniu. Prawie rok już minął. Idziemy dalej. Poseł Pięta się z nami żegna. Wkrótce się spotkamy, tym razem on nas odwiedzi w „Roździeniu”. Zostajemy sam na sam z naszym głównym przewodnikiem senatorem Zbigniewem Szaleńcem. Zabiera nas do Sali posiedzeń wyższej izby parlamentu – Senatu. Zasiadamy w fotelach senatorów. Dalszy ciąg lekcji parlamentaryzmu. Jesteśmy zaspokojeni intelektualnie. Inne potrzeby zapewniamy sobie w sejmowej restauracji zamawiając, co kto lubi.
14.30 Zamek Ujazdowski –Muzeum Sztuki Współczesnej. Zwiedzamy, oglądamy, słuchamy. Współczesna sztuka jest trudna. Niektórych uczestników przeraża. Może nie będę musiał tłumaczyć się przed rodzicami…
15.30 „Chcemy na Stadion Legii!”. „Grupa księżowska” odrywa się od peletonu i tnie na stadion i do sklepiku klubowego. Jak się potem okaże, wróci bez specjalnych sukcesów. Reszta skręca na Myśliwiecką… i „Zapraszamy do Trójki”. Stajemy przed budynkiem radiowej „Trójki”. Wkrótce udaje się wejść i już za chwilę spoglądamy na prowadzącego popołudniową audycję Kubę Strzeczkowskiego. Zwiedzanie kultowego (dla wielu) radia trwa jakieś pół godziny. Jeszcze zdjęcia przy „trójkowym” banerze i wychodzimy.
16.20 „Chcemy do sklepu, chcemy do apteki” – głosu ludu nie można lekceważyć. Idziemy ulicą Rozbrat. Dla Pana Jarczyńskiego zrobiliśmy znamienną fotkę budynku, z którego wyszedł i trafił do Pałacu Namiestnikowskiego Aleksander Kwaśniewski. Nogi zaczynają boleć. „Daleko jeszcze?”. Pachnie buntem ludu już w pierwszy dzień. „Już blisko” pada konkretna odpowiedź.
17.30 schronisko Smolna – przydział pokojów, chłopczyki osobno, dziewczynki osobno. Pogodzeni z losem bez sprzeciwu (moje zdziwienie!) trafiają do pokoi od 14 do 17. Kąpiel, przygotowanie kolacji, pierwsze odwiedziny.
19.00 „Możemy pójść do „Złotych Tarasów?” Ksiądz Karol znakomicie spisał się jako „bodygard”. Grupka wyszła i wróciła bez żadnych strat.
20.30 Wieczorne rozmowy. Szkolne, rodzinne, religijne tematy mieszają się ostro. Wreszcie moment, żeby przyjrzeć się sobie i innym bez zbędnego pośpiechu.
23.00 Zasypiam. Dopiero rano dopada mnie natarczywa myśl – to pierwsza wycieczka, na której poszedłem spać przed drugą w nocy. Totalny Prima Aprilis.

Sobota 2.04.2011 – Dzień Środkowy

8.00 poranna toaleta, śniadanko, wychodzimy. Słoneczko grzeje jak w lipcu. Idę kupić bilety. Wracam, grupy nie ma. Hmm… dzwonię pod „koloratkowy” numer. „Gdzie jesteście?” Odpowiedź mnie powala. „Na przystanku”. Hmm… rozglądam się. Przecięcie Alei Jerozolimskich i Nowego Światu. W środku przecięcia „prześliczna” sztuczna palma. Za cztery minuty odjeżdża autobus, a dwadzieścia osób z Zagłębia wchłonęła stolica. Wreszcie telefon … „Widzimy cię, już idziemy…”. Już… hmm.
9.40 Łazienki Królewskie. Zwiedzanie Pałacu na Wodzie… te niebieskie holenderskie kafelki, trójgłowy Cerber jako podstawa kominka i przewodniczka – prawdziwa przedwojenna dama. Obiekt numer dwa – Pałac Myślewicki. Siedziba Księcia Józefa. Ja niewiele zapamiętałem… może moi uczniowie więcej. Tylko dlaczego kładą się na podłodze. Zaczyna się powolne umieranie. Wychodzimy.
11.30 Ławeczki w Łazienkach – odpoczywamy. Pada znamienne: „Chcemy jeść!” Jest jedenasta… Pora na odwagę. Partykuła NIE wychodzi z moich ust. Ogólne poruszenie, na pomruku zgłodniałego stada to starcie się kończy. „Chcemy do WC!” Sprawa jest poważna. Długo szukaliśmy, nie wiem w końcu czy znaleźliśmy. Słońce świeci słodko. Flaga nad Belwederem łomoce nostalgicznie. Wsiadamy do autobusu linii 116 do Wilanowa. Tylko czternaście przystanków i jesteśmy… przed Mc Donaldem w Wilanowie.
12.30 Wilanów. Zwiedzanie Pałacu dopiero za dwie godziny… opcja jest jedna… pora na obiad. Większość biegnie do Mc-a. Jeszcze nie wiedzą, że przyjechała wycieczka Chińczyko-Japończyków i zanim na ich tackach coś zamajaczy trochę czasu upłynie. Grupa Podkowy (ile oni potrafią zjeść) rusza na Kebaba. Podążamy jej tropem jak szpiedzy z krainy Deszczowców. Kebaby są super. „Szejki” na deser też. Każdy Mc jest inny… żarcik.
14.30 Pałac w Wilanowie. Obowiązkowa grupowa fotka przed Pałacem. Wchodzimy i niespodzianka… Bartosz promienieje na widok pani przewodnik… Lekcja muzealna „Wilanów – perłą baroku” to dobry pomysł na spędzenie ponad 90 minut w rezydencji Sobieskiego. Podział na grupy, materiały dla każdego uczestnika, ciekawa nietuzinkowa narracja przewodniczki. Wilanowskie spostrzeżenie – więcej lekcji muzealnych, mniej chodzenia od eksponatu do eksponatu. I ta gipsowa nóżka aniołka zwisająca z sufitu. Jak się to nazywało?
Autobus już na nas czekał. Oczywiście linia 116.
17.00 Pałac Kultury i Nauki – taras widokowy. Prawdziwe zdzierstwo. Jedenaście złotych za wyjazd windą na trzydzieste piętro. Bilet ulgowy zniżka dla grup. I ponad półgodzinne oczekiwanie na windę. Leżymy pod ścianami … będziemy ostatnimi, którzy dostąpią zaszczytu wjazdu. Kto nie leży, robi sobie zdjęcie pamiątkowe z gorylem…
Jazda windą kilka sekund. Panorama Warszawy. Ja chcę już do schroniska, ale głos ludu przeważa. „Złote Tarasy”. Godzinka na zakupy – kolacyjkę i śniadanko niedzielne warto przecież zjeść.
19.00 Schronisko – powtórka czy kontynuacja wieczornych rozmów. Zmęczenie jest duże, ale zasypiam parę minut po północy. Wszystko przez Kacpra… Śnią mi się „jakubowe” frytki.

Niedziela 3.04.2011 – Dzień Ostatni

8.30 Gdy wstałem, większość moich uczniów już była po śniadaniu. Tylko moi synowie spali w najlepsze. Kolejna myśl zagnieździła się w zwojach. Nie regeneruję się już tak szybko.
Dobrze, że śniadanko przygotowałem wieczorem. Zdajemy klucze do pokoi. Plecaki, walizy i torby do bagażowni. Ruszamy w Stare Miasto.
9.30 Trakt Królewski. Ordynacka, pomnik Kopernika, kościół Św. Krzyża, stary budynek Uniwersytetu Warszawskiego, klasztor Wizytek, hotel Bristol, wreszcie Pałac Namiestnikowski, a przed nim konny pomnik księcia Józefa. Pusto. Podobnie w kościele Św. Anny w kaplicy z pamiętnym krzyżem. Na pobliskim Placu Zamkowym uskuteczniona została sesja fotograficzna. A to fotka z Zamkiem, a to Zygmunt III na kolumnie, a to tramwaj tnie Trasą W-Z.
11.00 Zamek Królewski. Ciche zwiedzanie. Z słuchawkami na uszach wędrujemy po salach Zamku. Ja z przeświadczeniem, że wysiłek rodaków w odbudowie Zamku był ogromny, a towarzyszowi Wiesławowi kaktus nie wyrósł, mimo, że nie wierzył w odbudowę Zamku. Arrasy, „chronosowy” zegar, trony królewskie, płótna Canaletta, urna z prochami Kościuszki i panie pilnujące poszczególnych pomieszczeń (przyjemna niespodzianka – miłe panie... prawda Bartoszu?). Po ponad godzinnym zwiedzaniu stajemy przed Zamkiem i pada znany mi już refren: „Chcemy jeść”. Odwlekam jednak decyzję do pomnika Syrenki na warszawskim rynku. Tu przy kataryniarzu i ślicznej żółto-błękitnej papudze ulec jednak trzeba było. Grupa przestała istnieć w momencie. Półtorej godziny na zjedzenie czegoś konkretnego to niezbyt dużo czasu.
14.00 Archikatedra Św. Jana. Nekropolia znakomitości. Raj dla historyka. Tu leżą ostatni Piastowie Mazowieccy, Prezydenci II RP, Henryk Sienkiewicz, ostatni król Stanisław August Poniatowski i prymas Tysiąclecia Stefan Wyszyński. Wzruszyłem się. Potem znów wędrówka (nóżki bolą bardzo). Barbakan, pomnik Małego Powstańca, AGAD, pomnik Powstania Warszawskiego, budynek Sądu Najwyższego, pałac Paca (obecnie Ministerstwo Zdrowia), pomnik Nike, Ratusz, Teatr Narodowy, Grób Nieznanego Żołnierza. A do Muzeum Powstania Warszawskiego jeszcze daleko. Złamałem się. Wsiadamy do autobusu.
16.30 Muzeum Powstania Warszawskiego. Półtorej godziny historii najnowszej, gdzie nie tylko mogłem usłyszeć i zobaczyć, ale również poczuć, dotknąć i zrozumieć heroiczne męstwo i dotkliwą ofiarę Polaków na ołtarzu wolności.
18.30 Powrót autobusem do schroniska, bagaże na plecy i na dworzec. Krótkie zakupy i oczekiwanie…
20.50 Pociąg na peronie. Nasza awangarda wpadła, aby zająć miejsca. Jej efekt był niezły. Tylko czwórka pozostała bez miejsc siedzących. Reszta jakoś (trudne to było) się upchała do przedziałów. Byle do Sosnowca.
23.30 Moje rodzinne miasto. Koniec początku, a może początek końca. Zadowolenie mnie rozpiera. Patrząc na program udało się w 120%. Resztę niech ocenią inni.
Tekst: dr Paweł Matyszkiewicz

Content
Content