Skip to main content
32
58

Wycieczka do Warszawy czerwiec 2014

Wersja do wydruku

Wycieczka naukowa do Warszawy uczniów klasy IICG
i „przyjaciół Królika”
w dniach 6-8 czerwca 2014 roku

7 miesięcy wcześniej …

Rezerwuję nocleg w schronisku na 30 osób. Po głowie kołata się myśl… a jak nie będzie tylu chętnych. Cóż, najwyżej zrobimy z żoną porcelanową rocznicę w Warszawie :)

Rozmowa z posłem Piętą o wizycie w sejmie… wstępna zgoda jest. Rezerwacje wstępów i lekcji muzealnych już tak łatwo nie poszły. W jednych miejscach brak przewodników, w innych sam wstęp jest pod znakiem zapytania. Trzeba cierpliwości. Trudno … nie wszystko można mieć od razu. Mój ulubiony „Chopin” z Wiednia o 4 rano dalej jeździ … to najważniejsze.

Od 6 miesięcy wcześniej do dnia wyjazdu
Zbieranie funduszy od uczestników i wypełnianie papierów wycieczkowych… powstaje cały segregator. Jeden uczeń rezygnuje… mój syn jest szczęśliwy.

6 dni wcześniej … leje ostro… a przecież na moich wycieczkach deszcz nie pada.

Dzień wyjazdu… przed trzecią rano
W różnych miejscach Sosnowca, Będzina, Czeladzi i Siemianowic Śląskich zapalają się światła. Pora wstawać, Warszawa czeka.

Czwarta rano … zbiórka na dworcu… są wszyscy… nie. Dobrze, że pociąg się spóźnił jedyne 50 minut. W pełnym składzie zasiadamy w pociągu. Najpierw jednak trzeba wyprosić pasażerów bez aktualnych miejscówek.

Stolica wita nas kapryśnie, jakby przeczuwała „najazd Hunów”. Warszawa Gdańska, trzy stacje metrem i w końcu kwadrans piechotą do schroniska. Cztery piętra w górę z tobołkami i jesteśmy na miejscu. Bagażownia, krótka toaleta … i rozpoczynamy zwiedzanie. Pierwszy cel - Muzeum Narodowe. Lekcja muzealna „Nie tylko Matejko” niektórych obudziła, paru innym uświadomiła, że mama jest daleko i łatwo nie będzie. Od Dirke do Grunwaldu, przez Somosierrę i nauczającego Jezusa. Niezły początek. Kolejny przystanek to sąsiad Narodowego czyli Muzeum Wojska Polskiego. Miało nie być przewodnika, ale właśnie się zwolnił. Korzystamy z tego, ale najpierw zwracamy uwagę na czołgi, samoloty i inny sprzęt wojskowy umieszczony na zewnątrz muzeum. Nikt nie wieszał się na lufie… jak ostatnim razem. W końcu lekcja… o wieku XX. Przewodnik już na dzień dobry zaznaczył mocno swoją obecność … i stracił część widowni i zainteresowania. Potem było znacznie lepiej, dlatego Giełdę oglądaliśmy z zewnątrz, biegnąc na umówione spotkanie z posłem Piętą na Wiejskiej. Formalności, punktualny poseł, kilkuminutowa kolejka, szatnia, bramki… znowu kilka razy „piszczę” i wreszcie wejście na salę obrad. Przyglądamy się interpelacjom poselskim do ministra sprawiedliwości. W sejmie podwyższona gotowość… służby zaczynają przygotowywać budynek na wtorkowe tajne posiedzenie z posłem Kamińskim w roli głównej. My jednak zostaliśmy przyjęci godnie. Pan Pięta opowiadał ze szczegółami o swojej pracy parlamentarzysty. Odpowiedział również na serię pytań uczniów, które o dziwo… spontanicznie padły. Obdarował nas również wielką sejmową torbą z książkami, kalendarzem, puzzlami i smyczami. Skorzystają z nich przyszli maturzyści i uczestnicy konkursów kuratoryjnych.

Po trzech wyczerpujących intelektualnie punktach programu przyszła pora na zasłużony obiad. Aby wejść do restauracji sejmowej ponownie przeciskamy się przez bramki. Panowie z ochrony odnajdują w naszych plecaczkach spory nożyk i śrubokręt. Nie przyjechaliśmy bezbronni do Warszawy. Każdy zamawia, co mu smakuje. Sam zamawiam kaszę perłową z kurkami i sandacza z ananasem. Ceny jak na Warszawę zabójczo niskie. Napięcie związane z wyjazdem powoli ustępuje.

Wcale nie pada… maszerujemy do Zamku Ujazdowskiego, w którym mieści się Muzeum Sztuki Współczesnej. Samodzielne zwiedzanie zajęło nam godzinkę. Dużo materiałów audio i wideo, dzbany z mikrofonami, zaprzęg bez koni, porcelanowe figurki, Jaruzelski z gwoździ… zaintrygowały moich uczniów. Jednak da się ich jeszcze zaskoczyć :). Wracamy Agrykolą. Zaglądamy na stadion Legii i z nadzieją pukamy do radiowej Trójki. Pani z recepcji po pierwszym stanowczym „nie” i haśle, że nie byliśmy umówieni… nagle zmienia zdanie i zostaje naszym przewodnikiem po radiu. Marzenie Marzanny się spełnia. Zwiedzamy studia nagraniowe i salę Agnieszki Osieckiej. Sam odgrywam rolę radiowca. Pora jednak wracać. W schronisku przydział pokoi, kąpiel i szykowanie kolacji oraz rannego śniadania. Po nocnej warcie jutro może na nie czasu nie starczyć.

Dzień drugi

Noc upłynęła spokojnie, choć szybko :). O 9.00 wyruszamy piechotą Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem do Zamku Królewskiego. Po drodze krótkie przystanki przy Koperniku, Kościele Św. Ducha, Uniwersytecie Warszawskim, Kościele Wizytek, Bristolu, Pałacu Namiestnikowskim, Kościele Św. Anny. Wreszcie po prawie dwóch kilometrach marszu Zamek. Trochę czasu zabiera nam odbieranie słuchawek. Ćwiczymy się w cierpliwości. Zwiedzamy Zamek z przewodniczką. I znów pozytywne odkrycie. Moi chłopcy dają radę. Przemierzamy komnaty Zamku z myślą, że wielu naszych rodaków ryzykowało życie, aby to co cenne dla naszej kultury ukryć przed okupantami. Z dobrym skutkiem. Z Zamku ruszamy do Archikatedry. Tu niemiła niespodzianka. Podziemia zamknięte przynajmniej do końca wakacji. Zwiedzamy więc wnętrze kościoła – m.in. kaplicę prymasa Wyszyńskiego, pomniki nagrobne Stanisława Małachowskiego i ostatnich Piastów mazowieckich. Następny przystanek – Rynek Starego Miasta. Tu krótki popas. Słonko grzeje, muzyczka afrykańskich tam-tamów rytmicznie przygrywa. Życie czasem rozpieszcza. Z trudem odrywamy nasze pośladki od ławeczek i wzdłuż murów obronnych, Barbakanu ulicą Długą dochodzimy do Pomnika Powstania Warszawskiego, Katedry Polowej i budynku Sądu Najwyższego przy Placu Krasińskich. Stamtąd dalej Długą obok Ministerstwa Zdrowia (ministra Bartosza nie widzieliśmy) do Arsenału. Nie tak wyobrażaliśmy sobie miejsce akcji pod Arsenałem. Warszawa jednak nieco się zmieniła. Pod Arsenałem „na raty” (niezła akcja) wsiadamy w metro i docieramy do Wilanowskiej. Dalszą podróż do Wilanowa odbywamy autobusem. Tu podział na grupy. Jedni w lewo do Mc Donalda, drudzy w prawo do Pałacu w Wilanowie. W Mac-u kanapka Drwala nie powaliła, ale chwilowo o pustym żołądku pozwoliła zapomnieć. Wilanowscy przewodnicy nie zawiedli. Znów okazało się, że najlepszych przewodników ma Muzeum w Wilanowie. Było tak dobrze, że godzinna lekcja przedłużyła się do dwóch i tylko telefon od syna przywrócił nas rzeczywistości. A rzeczywistość była nieubłagana. Nie zdążymy na film. Autobus, własne nóżki, telefon do kina, autobus … i wbiegliśmy na pierwszą scenę filmu. Na sali sześć – osiem osób. Film „Gwiazd naszych wina” warto polecić. Dwie zegarowe godziny niewiadomo kiedy upłynęły. Oczy mi się nieco szkliły. I nie tylko mi. Nie wszystko stracone . Autobusem podjeżdżamy pod Pałac Kultury i Nauki. A tam koncert. Niestety są bramki i bilety w cenie 60 złotych. Rezygnujemy. Wieczorne zakupy w Carrefour Expresie kończą się dla nas zamknięciem w sklepie. Chyba jest już późno. Wracamy tramwajem do schroniska. Szybka kolacja i kąpiel nie przełożyły się jednak na szybki sen moich podopiecznych. To była króciutka noc.

Dzień trzeci

O 9.00 jesteśmy już przy Pałacu na Wodzie w Łazienkach. Wcześniej zdaliśmy pokoje w schronisku, plecaki i torby zostawiliśmy w bagażowni. Wrócimy po nie w ostatnim momencie. Zwiedzanie pałacu i całych Łazienek uskuteczniamy z audiobookami. Łazienki są śliczne. Nie ma jak ławeczka, muzyka Vivaldiego i deser lodowy w jednym. Znów ogarnia mnie błogość. Z Łazienek wychodzimy przy pomniku Piłsudskiego i Belwederze. Wskakujemy w autobus do centrum. Grupowy bilet weekendowy pozwala nam na mobilne przemieszczanie się po całym mieście i korzystanie z wszystkich środków transportu. Wykorzystujemy to na maksa. Wysiadamy na Placu Piłsudskiego. Podchodzimy do Grobu Nieznanego Żołnierza. Chwila zadumy. A potem pytanie: „Jemy czy Muzeum Powstania Warszawskiego?” Zwolenników kulinarnych uciech jest tylko sześciu. Wola większości prowadzi nas na ulicę Grzybowską. I znów mamy szczęście. Po dziesięciu minutach oczekiwania wchodzimy do muzeum z biletem na film „Miasto Ruin”. Spędzamy w muzeum dwie godziny, ale to stanowczo za mało, aby poznać i przetrawić wszystkie ekspozycje tam udostępnione. W drzwiach mijamy się z amerykańskim generałem i jego obstawą. On do muzeum, a my do Złotych Tarasów na obiad. Należy się nam.

Pora żegnać się ze stolicą. Bagażownia w schronisku, tramwaj, Dworzec Centralny… oczekiwanie i punktualny „Skarbek”, którym wróciliśmy do domu. Rodzice dopisali… i odebrali swoje pociechy :). Trochę szkoda, że to już koniec. Z niektórymi uczniami przyjdzie niebawem się pożegnać.
Tekst: dr Paweł Matyszkiewicz


Zobacz zdjęcia
i jeszcze jedno:
Matys w Wa-wie: https://www.facebook.com/irminapawelmatys/media_set?set=a.78712738464580...

Relacja Marceliny Hojdy z klasy IIbLO


Muniek Staszczyk mylił się, gdy śpiewał, że kocha to zmęczone miasto. To miasto nigdy nie jest zmęczone! 6 czerwca dojechaliśmy nad ranem do Warszawy. Padało, więc byliśmy wniebowzięci. Bo czy może być coś lepszego niż deszcz po nieprzespanej nocy i czekaniu od 4 nad ranem na spóźniony 50 minut pociąg? Na całe szczęście jesteśmy niezniszczalni, więc daliśmy jeszcze radę przemieścić się metrem (rarytas!) a następnie szybko przejść do schroniska i ulokować się na czwartym piętrze. Dostaliśmy 15 minut na przypudrowanie nosków i innych partii ciała. Wszyscy gotowi? No to wyruszamy na miasto!

Punkt pierwszy to Muzeum Narodowe. Znalazło się parę osób sceptycznie nastawionych, ale lepiej siedzieć w muzeum niż chodzić w deszczu po Warszawie, gdzie ludzie idący do pracy czy szkoły taranują cię na każdym kroku. Wchodzimy do muzeum, siadamy przy obrazie wielkości bilboardu. Tak siadamy. Na ziemi! Ulga niesamowita, bo można spać na siedząco. Okazało się, że spać nie musimy, bo obrazy były znośne, a nawet zainteresowały dziadków z liceum.

Dobra, idziemy dalej, czas na Muzeum Wojska Polskiego. Na dworze fajnie, stoją samoloty, czołgi a nawet spotykamy pana śpiącego na ławce. Bo w Warszawie panowie po ciężkiej nocy odpoczywają w muzeach, to się nazywa kultura! Wchodzimy do środka, tam już nie było tak kolorowo.

Przewodnik taki prosty zawód, a jednak musi mieć do tego powołanie. Reasumując, nie zamawiajcie lekcji z przewodnikiem, chyba, że jesteście zapalonymi historykami i macie silne nerwy.

Giełdę Papierów Wartościowych oglądaliśmy z zewnątrz, ale zrekompensowaliśmy to sobie wizytą na Wiejskiej. Tak, na tej słynnej Wiejskiej! Żeby wejść na salę obrad obszukali nas jakbyśmy chcieli podłożyć jakiś podsłuch... Wchodzimy, siadamy, słuchamy. Założę się, że nikt nie wiedział o czym mówi całe dziesięciu posłów, ale fajnie było popatrzeć. Następnie spotkanie z posłem Piętą. Parę pytań, oczywiście sceptycznych (ah ta dzisiejsza młodzież...) i obiad w restauracji sejmowej!

Tam obszukali nas jeszcze lepiej i niestety znaleźli nóż i śrubokręt. Nie pytajcie co chcieli zrobić. Obiad był dobry i tani, ale co ważniejsze – siedziałam obok Rutkowskiego! Nie zdjął okularów, tajemniczy jak zawsze.

Najedzeni idziemy do Muzeum Sztuki Współczesnej mieszczącego się w Zamku Ujazdowskim. Okolica piękna, muzeum co najmniej dziwne. Albo to my nie rozumiemy sztuki współczesnej. W sumie chciałam usiąść na ławce, dopóki nie uświadomili mi, że to eksponat...


Na zakończenie zwiedzania niezaplanowana wizyta w radiowej Trójce. Było świetnie, a jak którejś dziewczyny nie zainteresowało, to przynajmniej mogła popatrzeć na bardzo przystojnego spikera radiowego. Wracamy do domu, wybrani do sklepu. A na mieście tak bardzo tętni życiem, raj dla młodych ludzi. Snujemy plany o wymknięciu się w nocy, ale schronisko jest zamknięte od 12 do 6 i jeszcze te kraty w oknach... Możemy sobie tylko pomarzyć.


Nadszedł kolejny dzień. Będzie wyczerpujący, ale dzisiaj jesteśmy wyspani i świeci słońce. Przeszliśmy przez pół Warszawy, ale było warto. Dotarliśmy do zamku. Bardzo ładny, pani przewodnik już mniej. Pozwiedzaliśmy trochę i w końcu czas na Rynek Starego Miasta. Mimo że byłam tam już któryś raz z kolei to miejsce mnie dalej zachwyca. A na pewno bardziej niż szklane budynki korporacji. Siedzimy na ławce, jemy lody, promienie słońca ogrzewają nasze twarze, w tle gra muzyka.

Jest pięknie, ale musimy iść dalej. Idziemy wzdłuż murów obronnych, podziwiając historię i jednocześnie miejsca, w których można spędzić czas. Dzień jest piękny, wszystko wokół zachwycające. Idziemy na metro, ale nie jesteśmy tak zabiegani jak Warszawiacy, więc połowa osób, która była jeszcze w letargu nie zdążyła na metro.

Pośmialiśmy się, po pięciu minutach dołączyliśmy do reszty grupy i dalej autobusem na Wilanów. Moja grupa poszła na lekcję, reszta do Mac-a. Wizytę w Wilanowie wspominamy chyba najlepiej, bo trafił nam się genialny przewodnik. Nie chcieliśmy wychodzić, ale nasz czas się skończył. Mamy pamiątkowe zdjęcie, fakt to nie oscarowe selfie, ale nasze też jest dobre. Wymiana grup, my do Mac-a, reszta do pałacu.

Podobno też mieli fajnego przewodnika, i chyba musimy im wierzyć, bo ściągaliśmy ich po ponad dwóch godzinach na ziemię. I całe szczęście, że to zrobiliśmy, bo i tak spóźniliśmy się trochę na film. Zbytnio się nie śpieszyłam, bo plakat mnie nie zachęcił, ale film był genialny. Polecam go każdemu znajomemu odkąd przyjechałam z Warszawy, więc tutaj też go polecę - „Gwiazd naszych wina”, obejrzyjcie - jak nie w kinie, to na zalukaj. Po kinie wieczorny spacer po Warszawie, było jeszcze lepiej niż wczoraj. Wracamy do schroniska, spędzamy mile wieczór, ale nasz mistrz rozdziela nas do swoich pokoi. No to do spania...
Wstajemy rano, dopakowujemy się i wychodzimy. Po raz kolejny korzystamy z komunikacji miejskiej (ich solarisy nie różnią się dużo od naszych) i idziemy do Łazienek. To, że jest to jedno z piękniejszych miejsc w Warszawie wie każdy, kto tam był. Rozkoszujemy się piękną architekturą, zielenią i rozmowami Chińczyków i setek innych obcokrajowców. Uwierzcie, że w Warszawie jest ich pełno. Wychodzimy z Łazienek i chodzimy po Warszawie. Wspaniale jest podziwiać pomnik Piłsudskiego, Belweder czy Grób Nieznanego Żołnierza, ale nie przy takim słońcu! Moje czarne włosy płoną, chcemy wskoczyć do fontanny, dlatego zamiast jedzenia wybieramy się do najfajniejszego muzeum w Warszawie. W Muzeum Powstania Warszawskiego byłam już dwa razy i jestem pewna, że będę jeszcze raz. Nawet nie względu na jego charakter, ale na to, że chcę obejrzeć w końcu film „Miasto Ruin” w samolocie! Wychodząc mijamy się z amerykańskim generałem. Ten to ma szczęście, że nas spotkał. Na sam koniec zahaczamy o najważniejszy dla wielu uczniów punkt Warszawy – Złote Tarasy! Byłam zmuszona zjeść obiad w Burger Kingu, ale jeśli ktoś nigdy tam nie jadł, to jedzenie mają lepsze niż w McDonaldzie, polecam i rekomenduję. Ze Złotych Tarasów do schroniska a następnie na Dworzec. Po drodze spotykam Ernesta Staniaszka, tracę zmysły i rozpływam się na dworcu. Bardzo romantycznie. O dziwo pociąg się nie spóźnia, wsiadamy i wyruszamy do naszej metropolii.

Z moich jakże trafnych spostrzeżeń, nie dostrzegam osoby niezadowolonej z wycieczki. W imieniu wszystkich dziękuje Panu Matyszkiewiczowi, Pani Grzeszczuk oraz Pani Oleksy i oceniam wycieczkę jak i Warszawę na duży plus. A w moich snach wciąż Warszawa...

Tekst: Marcelina Hojda

Content
Content